Słowacja zniosła obostrzenia covidowe. Przypominamy historię pandemii na Słowacji i informujemy jak dojechać na Słowację z Yellow Busem wobec likwidacji autobusów transgranicznych

Długo na to czekaliśmy – na możliwość podróży na Słowację bez zastanawiania się, czy spełniamy aktualne wymagania covidowe. A te nie były łatwe, bo często nielogiczne przepisy i chaotyczny sposób ich zmieniania z dnia na dzień potrafiły poirytować nawet osoby zaszczepione trzema dawkami, które dotrzymywały wszelkich zasad ostrożności. Obecnie sprawa jest już prosta i jednoznaczna: 6 kwietnia Słowacja zniosła wszelkie ograniczenia w przekraczaniu granicy, nie ma już obowiązku rejestracji w systemie e-hranica, również osoby niezaszczepione mogą swobodnie podróżować bez obowiązku rejestracji, kwarantanny ani okazywania certyfikatu. Pozostaje na razie obowiązek noszenia maseczki FFP2 lub FFP3 w przestrzeniach zamkniętych (np. sklepach) i transporcie publicznym. Pandemia zrujnowała jednak transport publiczny, zlikwidowano popularne autobusy STRAMA Zakopane – Poprad oraz autobusy transgraniczne Województwa Małopolskiego na trasie Bukowina Tatrzańska – Dolny Kubin. Jednym ze sposobów dotarcia na Słowację pozostaje weekendowy autobus Yellow Busa, którym można dotrzeć z Nowej Huty i Krakowa na słowacką granicę w Łysej Polanie lub Chochołowie, o czym szczegółowo poniżej. W tym artykule przypomnimy też najbardziej charakterystyczne momenty ze słowackiej walki z covidem – od szybkiego i skutecznego lockdownu w pierwszej fali, przez obiecującą, ale nieudaną akcję powszechnego testowania oraz nieszczęsny zakup Sputnika który doprowadził do upadku rządu i wymiany premiera, aż po chaotyczne zamykanie przejść granicznych również dla zaszczepionych, krytykowane również przez zwolenników szczepień.




Krótka historia słowackiej walki z covidem

Początek pandemii covid-19 w marcu 2020 roku zbiegł się w czasie z wyborami parlamentarnymi, w których doszło do przełomowej zmiany władzy. Rządzącą od 2006 roku (z przerwą na lata 2010-12) ekipę Roberta Ficy, utożsamianą z prorosyjską pozycją i powiązaniami z mafią, zastąpił centroprawicowy rząd czterech partii, na czele z partią OĽANO (Zwyczajni Ludzie i Niezależne Osobistości) Igora Matoviča. Sam Matovič został premierem Słowacji, a jego prawa ręka Eduard Heger – wicepremierem i ministrem finansów. Igor Matovič przez całe ostatnie 10 lat walczył z układami korupcyjnymi ekipy Roberta Ficy i miał wiele zasług na polu uzdrowienia Słowacji od patologicznych zjawisk, ale sam również jest postacią kontrowersyjną i niejednoznaczną. Jeżeli Janusz Palikot był uznawany za szokującego ekscentryka, to wyobraźcie sobie polityka jeszcze bardziej ekscentrycznego i szokującego, z tym że na stanowisku premiera. Do głównych cech Matoviča należy przekonanie o własnej nieomylności i podejmowanie ważnych decyzji pod wpływem impulsu, a należy dodać, że Matovič ma 1000 pomysłów na raz, część bardzo mądrych, inne niekoniecznie. To wszystko sprawiło, że w pewnym momencie Igor Matovič stał się irytujący nawet dla największych zwolenników obozu demokratycznego i liberalnych mediów, którzy za nic w świecie nie chcą powrotu tandemu Fico-Pellegrini, ale też uważają byłego premiera Matoviča za żenującą pomyłkę.

Igor Matovič to jedno, ale sam fakt zwycięstwa w 2020 roku obozu prozachodniego, demokratycznego, wspierającego Ukrainę jest niezaprzeczalnym osiągnięciem Słowacji, która po latach starań wyrwała się z uzależnienia od mafii. Sprawy zaszły już za daleko, czego przejawem było zabójstwo Jána Kuciaka i Martiny Kušnírovej. Rząd Igora Matoviča był formą zwycięstwa europejskiej demokracji i społeczeństwa obywatelskiego nad mafią i populizmem, aczkolwiek na czele tego rządu stała osoba, której sami Słowacy się w dużej mierze wstydzili. Można to porównać do wstydu tej części demokratycznej niekomunistycznej Polski z prezydentury Lecha Wałęsy, którego cenili jako lidera Solidarności, ale czuli się zażenowani z wielu jego wypowiedzi jako prezydenta.

Z pierwszą falą pandemii rząd Matoviča poradził sobie nadzwyczaj sprawnie i był stawiany w tej kwestii za wzór w całej Europie. Mimo iż dopiero co przejęli władzę, zachowali spokój i profesjonalizm, wprowadzając dość szybki lockdown, który wówczas zadziałał. Bez opóźnień, bez kombinowania, bez takich akcji jak polska próba „wyborów kopertowych” w maju 2020, które następnie musiały zostać po cichu odwołane. Rząd wówczas zadziałał bardzo sprawnie, bardzo odpowiedzialnie zachowało się społeczeństwo, w efekcie zakażeń w pierwszej fali było bardzo mało, co wywołało wśród Słowaków euforię i poczucie, że jako naród dali radę (a Słowacy bardzo takiego docenienia potrzebują).

Później przyszło lato, wakacje, a wraz z nim luzowanie obostrzeń z nadzieją, że covid jest już w dużej mierze pokonanym problemem. Z podobnym nastawieniem mieliśmy latem 2020 roku do czynienia w Polsce. We wrześniu 2020 zaczął się jednak wzrost zachorowań, który następował szybciej, niż w Polsce. Reakcja przyszła zbyt późno i nie była już w stanie zatrzymać wirusa. 1 października 2020 wprowadzono stan wyjątkowy i częściowy, a następnie niemal całkowity lockdown, mimo to sytuacja epidemiczna zaczęła być tragiczna, dużo gorsza niż w Polsce. Wówczas rząd Igora Matoviča zdecydował się na bezprecedensowe rozwiązanie, a mianowicie akcję powszechnego testowania wszystkich obywateli, kilkukrotnie powtórzoną. Idea była na ten czas dość logiczna: w określony październikowy i listopadowy weekend w całym kraju każdy obywatel musi się poddać testom na covid, co pozwoli wyłapać tych zakażonych – również bezobjawowych i poddać ich kwarantannie. Dzięki odizolowaniu zakażonych od reszty powinno się odciąć wirusowi możliwość dalszej transmisji, a po powtórzeniu tej akcji przez kilka jesiennych weekendów spodziewano się całkowitego wygaszenia pandemii i szybkiego powrotu do normalności (nie było jeszcze wówczas szczepionek).

Początkowo akcja przyniosła efekty, nastąpił radykalny spadek zakażeń. Jednak już pod koniec listopada 2020 zakażenia zaczęły znów rosnąć, w niespodziewanym tempie. Znów było jeszcze gorzej niż w Polsce, mimo dobrych chęci.

Dalej było już tylko gorzej. Polska w tym czasie funkcjonowała względnie normalnie, a Słowacja musiała wprowadzać twardy lockdown, a i tak miała dużo więcej zakażeń. Z drugiej strony, testowano tam relatywnie więcej osób, stąd też można uznać, że polskie statystyki zachorowań były po prostu mocno zaniżone.

Pod koniec grudnia 2020 rozpoczęła się w Europie akcja szczepień, ale przez pierwsze pół roku brakowało szczepionek. Równocześnie na Słowacji mocna rosyjska propaganda zniechęcała ludzi do szczepień, rozpowszechniając różne teorie spiskowe. Premier Igor Matovič postanowił zagrać va banque i bez porozumienia z resztą rządu i koalicjantami poleciał do Moskwy i kupił rosyjskie szczepionki Sputnik. Uzasadniał to tym, że obiektywnie rzecz biorąc część Słowaków to putinofile i ci zapewne skuszą się na rosyjską szczepionkę, w ten sposób ustanie agresywna kampania antyszczepionkowa i sytuacja się polepszy. Nic takiego się nie stało, obecni na portalach społecznościowych putinofile okazali się być w dużej mierze rosyjskimi fake-kontami, a nie żywymi ludźmi, a nawet ci autentyczni prorosyjscy antyszczepionkowcy nie skorzystali z możliwości szczepień Sputnikiem. Zaszczepiła się nim śmiesznie niska część populacji, zaledwie kilka tysięcy mieszkańców 5,5-milionowego kraju. Akcja zakupu Sputnika okazała się ogromną kompromitacją, premiera krytykowali wszyscy – dogadując się w tej sprawie z Putinem, nawet w dobrej wierze, przekroczył wszelkie granice. Kultura polityczna jednak wygrała i premier sam przyznał pomyłkę oraz ustąpił ze stanowiska, zamieniając się miejscami ze swoim zastępcą Eduardem Hegerem, samemu zostając ministrem finansów. Sam jednak w dużej mierze wpływał na rząd z tylnego siedzenia, w tym zwłaszcza na dalsze, chaotyczne decyzje związane z covidem, takie jak zamykanie granic z dnia na dzień bez konsultacji z nikim.

W dalszych miesiącach Słowacja reagowała na covid o wiele bardziej restrykcyjnie niż Polska i inne kraje Europy. W wielu przypadkach było to uzasadnione, po prostu Polska lekceważyła zagrożenie. Problemem były natomiast chaotyczne i nie do końca zgodne z prawem decyzje o zamykaniu lokalnych przejść granicznych, które i tak nie wpłynęły na powstrzymanie pandemii, a tylko zniechęciły ludzi do szczepień i służyły rozwojowi teorii spiskowych. Absurdalną kwestią były też początkowe zasady systemu rejestracji e-hranica, które totalnie ignorowały fakt, iż sporo ludzi nie nocuje na Słowacji, a jedynie udaje się na Słowację na kilka godzinną wycieczkę. Później to naprawiono, również po naszej interwencji dziennikarskiej, ale niesmak pozostał.

Zniesienie obostrzeń i co dalej?

Aktualnie rzeczywiście można mówić o końcu przynajmniej tej fali pandemii. Poziom zachorowań radykalnie spada, a równocześnie idzie wiosna, kiedy tradycyjnie już pandemia „robi sobie przerwę”, przynajmniej do połowy września. Czy wirus nie wróci na Słowacji (i w Polsce) jesienią, w październiku lub listopadzie? Tego nie wiemy, może tak będzie, oby nie, ale tak czy inaczej możemy z dużym prawdopodobieństwem liczyć na co najmniej pół roku spokoju i normalności. Jeśli odkładaliście wyjazd na Słowację ze względu na niejasne przepisy covidowe, których nie rozumieli nawet potrójnie zaszczepieni, teraz jest właśnie ten czas, kiedy można i warto nadrobić zaległości. Sytuacja międzynarodowa każe nam przewartościować pewne kwestie i korzystać z życia tu i teraz, bo nie wiadomo, co będzie jutro, co znowu strzeli do głowy Putinowi lub innym despotom. Czy nie wydarzy się kolejne zjawisko z serii tych, które nie miały prawa się zdarzyć, były totalnie nieprzewidywalne i brzmiały jak scena z nierealnego horroru. Czy latem 2019 roku uwierzylibyście przyjacielowi, który przestrzegałby was przed straszną pandemią która nastąpi rok później oraz jeszcze straszniejszą wojną za trzy lata od tego momentu? No właśnie.

Przyszłości nie przewidzimy, ale jedno jest pewne – jeśli podróżować na Słowację, to teraz – wiosną i latem tego roku. Nie odkładajmy tego na później, korzystajmy z życia, bo samo życie pokazuje, że w przyszłości różnie może być. Naładowanie akumulatorów w pięknej górskiej okolicy gdzieś w słowackich Tatrach czy Małej Fatrze należy nam się bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Słowacja jest piękna, jest blisko i urlop tam może być doskonałą odskocznią od obecnej rzeczywistości.

Jak dojechać? Autobusy transgraniczne zlikwidowano, pozostał Flixbus i Yellow Bus

Niestety stało się to przed czym przestrzegaliśmy – pandemia stała się pretekstem dla leniwych urzędników by zlikwidować samorządowe autobusy transgraniczne i tym samym mieć o jedno zadanie w urzędzie mniej, jakkolwiek absurdalnie to nie brzmi. Więcej na ten temat można przeczytać tutaj:

Wcześniej, bo już latem 2020, z realizacji komercyjnych połączeń autobusowych Zakopane – Poprad wycofał się popularny przewoźnik Strama, który obsługiwał je przez ponad 20 lat. Natomiast rządy Polski i Słowacji konsekwentnie odmawiają podjęcia odważnej decyzji o utworzeniu bezpośrednich międzynarodowych pociągów pospiesznych relacji Warszawa – Bratysława/Koszyce również przez Kraków, Muszynę i Poprad, a nie tylko tranzytem przez Czechy. Powołują się na stary argument o braku popytu oraz o fakcie, że w tych relacjach pociągi już od dawna nie jeżdżą, a do obecnej sytuacji gdy pociągi do Bratysławy są tylko przez Czechy wszyscy się przyzwyczaili. Tymczasem jest to typowy przykład „wygaszania popytu”, opisany w książkach Karola Trammera „Ostre Cięcie” oraz Olgi Gitkiewicz „Nie zdążę”. Popytu na połączenia transportu publicznego nie ma, bo wcześniej zlikwidowano wszystkie połączenia i doprowadzono do sytuacji, że albo ktoś całkowicie wygasi swoje potrzeby w podróżowaniu i kontaktach z danym obszarem, albo zrobi prawo jazdy i kupi sobie samochód, a jak już to zrobi – na tyle się do tego samochodu przyzwyczai, że będzie nim jeździć zawsze, wszędzie i w każdej sytuacji, zatracając nawyk korzystania z transportu publicznego, który będzie mu się kojarzył z traumą braku połączeń i wykluczenia komunikacyjnego. Dokładnie do takiego zjawiska doprowadzono na polsko-słowackim pograniczu.

Obecnie jednym ze sposobów podróży z Polski na Słowację są sezonowe pociągi Muszyna – Poprad, które niezwykle polecamy. Kursują one w zimowe i wakacyjne weekendy i będą uruchomione również w najbliższe wakacje. Ponadto funkcjonują autobusy Flixbusa, ich oferta jest do sprawdzenia na stronie przewoźnika. Minusem są wysokie ceny i nie do końca atrakcyjne rozkłady jazdy, ale jak najbardziej namawiamy do korzystania zarówno z tych, jak i każdych innych spośród tych nielicznych polsko-słowackich połączeń transportu publicznego, które jeszcze w ogóle istnieją.

Jedną z form dotarcia z Polski na Słowację transportem publicznym jest też Yellow Bus, czyli popularny krakowski przewoźnik autobusowy, wyróżniający się na patologicznym małopolskim rynku transportu publicznego tym, że w odróżnieniu od dominującym tu busiarzy nie jest busiarzem, tylko profesjonalnym przewoźnikiem. Kursy Yellow Busa są realizowane dużymi, komfortowymi autobusami. Rzecz normalna na Pomorzu, w Wielkopolsce i całej Europie, ale prawie niespotykana w Małopolsce, która jest patologią transportu publicznego zdominowaną przez busiarstwo i wykluczenie komunikacyjne w najgorszym stylu.